Biblia Wujka w noweli Henryka Sienkiewicza

Henryk Sienkiewicz w 1889 roku, na łamach czasopisma "Słowo", wydał nowelę "Wspomnienie z Maripozy". W noweli tej opisuje, jak w w latach 80-tych XIX wieku, podróżujący po Stanach Zjednoczonych Polak, w drodze do Big Trees (park z gajem olbrzymich sekwoi) spotyka w Maripozie rodaka - emigranta z Litwy. Emigrant ten, o nazwisku Putrament, od dwudziestu dwóch lat mieszka w Kalifornii i zajmuje się bartnictwem. Pozbawiony kontaktów z Polakami, żeby nie zapomnieć ojczystego języka, codziennie czytuje Biblię w przekładzie Jakuba Wujka. Stąd w rozmowie z rodakiem "staruszek mówi językiem proroków", czyli językiem wziętym z tłumaczenia Wujka. Poniżej fragment opowiadania zawierający rozmową pomiędzy Polakami:

"Zostaliśmy tedy sami i patrzyli na siebie przez długi czas w milczeniu. Po prawdzie, byłem jakiś zmięszany widokiem tego starca, podobniejszego do Wernyhory, niż do przeciętnego rodaka.  — Zwę sie Putrament — ozwał się starzec. — Aza nazwisko moje obce jest uszom twoim?  — Nazwisko moje M. — odparłem. — Pańskie odbiło mi się o uszy. Zdaje się z Litwy?  Coś istotnie przypominało mi się z „Pana Tadeusza“, coś „Putrament z Pikturą“ w opowiadaniu Protazego o procesach.  Starzec przyłożył rękę do ucha.  — Hę? — rzekł.  — Zdaje mi się z Litwy?  — Podnieś głos twój, albowiem wiek zepsował uszy moje i głuchą jest starość moja — odrzekł pan Putrament.  — Czy on kpi sobie ze mnie, czy ja głupi jestem? — pomyślałem, — ale coś ten staruszek mówi językiem proroków. Cóż za oryginałów spotykam w tej Maripozie?  — Pan dawno z kraju? — spytałem.  — Dwadzieścia dwa lata tu mieszkam, i zaprawdę, pierwszym jesteś, którego oglądam ze stron ojczystych, gwoli czemu wzruszone jest serce moje i uradowana dusza we mnie.  Rzeczywiście starzec mówił głosem drżącym i wydawał się bardzo wzruszony. Co do mnie byłem tylko zdziwiony. Nie siedziałem dwadzieścia lat w lesie, Polaków widziałem niedawno w San-Francisko i nie miałem powodu się rozczulać. Miałem natomiast trochę ochoty wykrzyknąć: co za styl! Żeby tak kto do mnie mówił przez dobę, tobym chyba zaczął wyć... Brr! Tymczasem starzec wpatrywał się we mnie uporczywie i myśl jego zdawała się silnie pracować. Kilka razy jakby pragnął mówić i uciął. Widocznem było, iż sam czuł, że nie wyraża się jak każdy inny człowiek. Mówił zresztą bardzo poprawnie, ale z trudnością.  — W ziemi dalekiej stężał język mój i związały się wargi moje...  — Co prawda, to nie grzech! — pomyślałem.  Ale wesołość opuszczała mnie. Robiło mi się jakoś przykro i uczułem pewien wyrzut sumienia. Jak sobie tam mówi, tak mówi, ten starzec — myślałem — ale mówi ze wzruszeniem, z głębokim smutkiem i szczerze, a ja oto, jakbym podrwiwał sobie z niego.  I mimowolnie wyciągnąłem ku niemu obie ręce. Wziął je i przycisnął silnie do swych piersi, powtarzając:  — Rodak! rodak!  Takie uczucie drgało w jego głosie, że chwyciło mnie wprost za serce.  W każdym razie miałem przed sobą dziwną zagadkę, a może bardzo smutną. Począłem tedy patrzeć na niego, jakbym patrzył na starego ojca. Posadziłem go z uszanowaniem na krześle i sam usiadłem koło niego, on wciąż patrzył na mnie.  — Co słychać w ziemi naszej? — spytał.  Rozpuściłem język jak kołowrot, starając się tylko mówić głośno i jasno. W ten sposób gadałem z pół godziny, a w miarę słów moich, szanowna jego głowa kiwała się smutno — lub uśmiech występował mu na usta. Powtórzył raz zdanie Galileusza i częstokroć zadawał mi pytania, zawsze tymże samym poważnym, dziwnym i niewytłómaczonym dla mnie stylem.  Wszystko, com mu opowiadał, zajmowało go nad wszelki wyraz. Cała jego dusza zbiegała się do oczu i ust. Żyjąc samotnie, wśród lasu, może dnie całe myślał tylko o tem, co płynęło teraz z ust moich.  Dziwny starcze, dziwna raso ludzka, która na najodleglejsze krańce świata niesiesz jedną myśl i jedno uczucie! Tem żyjesz w lasach, w pustyniach i nad morzem — unosisz ciało swoje a duszy oderwać nie umiesz — i chodzisz, jak błędna, między innemi ludźmi. Ale rasa ta umiera zwolna. Ja wam opowiadam o jednym z ostatnich.  Opowiadanie zda się wymysłem, a jest rzeczywistością. Putrament może żyje jeszcze w swoim lesie, w blizkości Maripozy. Z opowiadań jego dowiedziałem się co następuje. Był pasiecznikiem, jak większość skwaterów. Nie jest zbyt biedny. Pszczoły zarabiały na jego życie. Zestarzawszy się, wziął pomocnika, małego indyanina, który dogląda pasieki. Mówił, że sam dotychczas jeszcze codzień poluje. Zwierzyny w pobliżu Maripozy jest mnóstwo: jeleni, antylop i ptastwa wszelakiego moc nieprzebrana.  Niedźwiedzie przerzedziły się znacznie. Jego „Canyon“ jest jednym z najpiękniejszych w okolicy. Przy domu jest cudny strumień tworzący mnóstwo kaskad — zresztą skały i góry a na nich las i las nieprzebyty... Cisza, spokój... Zapraszał mnie mocno, bym go odwiedził, ale musiałbym z powrotem czekać aż do następnego piątku, więc z żalem nie mogłem przyjąć zaproszenia. Mówił ciągle, jak jaki Abraham, lub Jakób... Słowa: Aza, azali, zaprawdę, lepak, przecz i wzdy — powtarzały się w jego ustach co chwila. Czasami zdawało mi się, że mam przed sobą jakiegoś człowieka z czasów Górnickiego, lub Skargi, który pod ziemią przewędrował do Maripozy i zmartwychwstał tu, lub żył od owych czasów, jak owe Big Trees pobliskie. Ale prócz tego starego języka, była w mowie jego jeszcze i jakaś dziwna uroczystość, polegająca na toku zdań, na mnóstwie pleonazmów, na szczególnych określeniach. Postanowiłem wreszcie rozwiązać zagadkę.  — Powiedz mi, szanowny panie, zkąd ci się wziął ten język? Język to nie dzisiejszy, ale stary, którym już nie mówią w Polsce.  Uśmiechnął się.  — Jednę książkę mam w domu: biblię Wujka, którą czytuję codzień, abym nie zapomniał mowy mojej i nie stał się niemym w języku ojców moich...  Teraz zrozumiałem. Przez kilkadziesiąt lat w zapadłej Maripozie nie widział ani jednego Polaka, nie mówił z nikim. Czytywał więc Wujka i nic dziwnego, że nietylko jego słowa, ale i myśli, ułożyły się do miary biblii. Inaczej już po polsku nie umiał i nie mógł umieć; oddawał to, co czerpał. Nie chciał tylko za nic w świecie zapomnieć. Miał zwyczaj czytywać głośno swoją biblię każdego ranka. Zresztą nic więcej nie dochodziło go ze stron ojczystych, nic, znikąd — chyba tylko szum lasu kalifornijskiego przypominał mu szumy litewskie.  Gdyśmy się żegnali, rzekłem:  — Za miesiąc wracam do kraju. Czy nie masz pan jakich krewnych? brata, swata, kogokolwiek, komubyś mógł dać znać o sobie?  Zamyślił się, jakby szukał w pamięci jakich najdalszych krewnych — potem począł potrząsać głową.  — Nikogo... nikogo... nikogo...  A jednak ten starzec czytywał Wujka i nie chciał... zapomnieć.  Pożegnaliśmy się.  — Niech Cię prowadzi Pan! — rzekł mi na drogę.  On zaraz wyjechał do lasu — ja, w dwa dni potem, do Big Trees. Gdym wsiadał do dyliżansu, mister Billing wstrząsał moją ręką, jakby ją sobie chciał urwać na pamiątkę i powtarzał:  — To był wielki człowiek, panie, ten M. — Good bye! Good bye! Sehr grosser Mann!  W kwadrans potem otoczyły mnie lasy Maripozy. Nazajutrz, rankiem, myślałem sobie: w tej chwili stary Putrament czyta głośno w Kanjonie swoją biblię...."

Tekst opowiadania pochodzi z "Pisma Henryka Sienkiewicza tom XIX [1905]" zamieszczonego na WikiSource.org

Artykuł dodano: 5 lutego 2015 r.
 

Zostaw komentarz

Komentarz: 


Podpis:     
Przepisz kod: